Czasem mam wrażenie, że o macierzyństwie mówi się dziś jak o cudownym projekcie: pastelowe ubranka, zapach pudru, bobasek uśmiechnięty jak z reklamy. Ale nikt nie wspomina, że w tym wszystkim jest też nieprzespana noc, łzy bez powodu i poczucie, że już nigdy nie będziesz tą samą osobą, co wcześniej.
Nie dlatego, że coś tracisz – tylko dlatego, że stajesz się kimś zupełnie nowym.
Rozmawiałam niedawno z Magdą – mamą trójki dziewczynek. Znamy się od lat, jeszcze z czasów, kiedy obie miałyśmy zupełnie inne życie. Kiedyś rozmawiałyśmy o pracy, planach i podróżach, a teraz… o tym, kto szybciej zasypia po kąpieli i jak przetrwać kryzys emocjonalny czterolatki.
Patrzyłam na nią z podziwem.
Ja czasem mam wrażenie, że z moją jedną córką nie wyrabiam – a Magda z trójką wydaje się spokojna, uśmiechnięta, jakby odnalazła w tym wszystkim jakąś wewnętrzną równowagę.
Spytałam ją wprost: „Jak ty to robisz?”
Odpowiedziała z rozbrajającą szczerością:
– Nie robię. Jakoś się dzieje. Czasem dobrze, czasem źle. Ale dziecko, czy jedno, czy troje, i tak wypełnia cały dom. Zajmuje tyle przestrzeni, ile jest w twoim sercu.
I to było pierwsze zdanie, które trafiło mnie prosto w środek. Bo to prawda. Macierzyństwo nie da się mierzyć ilością dzieci, ale intensywnością emocji, które w tobie budzi.
Największy paradoks bycia mamą?
Że możesz jeszcze raz przeżyć swoje dzieciństwo. I to dosłownie.
Zachwycasz się tym, jak dziecko pierwszy raz wchodzi w kałużę, jak śmieje się z bańki mydlanej, jak zadaje pytania typu: „A gdzie mieszka noc?”
Wtedy przypominasz sobie, że ty też kiedyś tak pytałaś. I że dorosłość trochę ci to odebrała.
Ale z drugiej strony – to właśnie te emocje, które w dziecku są czyste, w tobie potrafią wywołać totalny chaos. Bo dzieci uczą nas nie tylko cierpliwości, ale też… konfrontacji z samą sobą.
Ja dopiero po macierzyństwie nauczyłam się stawiać granice.
Zrozumiałam, że nie muszę być idealna, że nie wszystko muszę wiedzieć i że czasem mogę powiedzieć: „Nie dam rady”.
Zaczęłam chodzić na terapię, żeby nie powielać rodzinnych wzorców, które ciągnęły się od pokoleń.
Bo choć kocham moich rodziców, nie chciałam, żeby moje dziecko dziedziczyło także te emocjonalne schematy, które mnie samej ciążyły przez lata.
Mówią, że dzieci są najlepszym lustrem. I to prawda.
Widzisz w nich swoje emocje, niepewności, wrażliwość.
Kiedy moja córka ma gorszy dzień, ja czuję to jakby to był mój własny.
Jeśli płacze – ja też czuję gulę w gardle.
Jeśli choruje – nie jestem w stanie myśleć o niczym innym.
To chyba najtrudniejsza część macierzyństwa: emocjonalne współodczuwanie.
Nie da się tego wyłączyć.
Można nauczyć się z tym żyć, ale nie da się przestać czuć.
Psycholog kiedyś mi powiedział, że to, co czuję, to nie przesada – to naturalna reakcja wrażliwej osoby, która chce kontrolować rzeczywistość, żeby chronić to, co najcenniejsze.
Problem w tym, że z dzieckiem nie da się mieć pełnej kontroli.
Choroby, emocje, kryzysy – przychodzą wtedy, kiedy najmniej się ich spodziewasz.
I to właśnie wtedy uczysz się odpuszczania.
Kiedy wspominam pierwsze tygodnie po porodzie, mam ciarki.
Nie z rozczulenia – z emocji.
Było trudno. Bardzo trudno.
Wydawało mi się, że przygotowałam się perfekcyjnie.
Przeczytałam wszystkie poradniki, obejrzałam setki filmów, wiedziałam, jak trzymać, jak kąpać, jak karmić…
A potem przyszła rzeczywistość.
Moje dziecko nie chciało jeść.
Ja płakałam codziennie.
Czułam się kompletnie bezradna i – co gorsza – winna.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałam zdanie „Nie każda kobieta potrafi od razu karmić”, miałam ochotę krzyknąć: „Ale czemu nikt mi tego wcześniej nie powiedział?!”
Mleko nie chciało „płynąć”, stres rósł, a ja czułam się jak porażka w najważniejszym egzaminie życia.
W końcu, po miesiącu nerwów, wylądowałam u psychologa.
Z perspektywy czasu to była najlepsza decyzja.
Bo wtedy po raz pierwszy ktoś mi powiedział:
„Nie musisz być idealna. Twoje dziecko potrzebuje ciebie, nie twojej perfekcji.”
I to zdanie zmieniło wszystko.
Najgorsze, co można usłyszeć po porodzie, to: „U mnie to było łatwo.”
Każda mama przechodzi to inaczej.
A mimo to, wciąż słyszymy: „Nie przesadzaj”, „Wystarczy się wyluzować”, „To naturalne”.
Tylko że w tym całym „naturalnym” jest też pot, łzy, ból, hormony i strach.
Do dziś pamiętam, jak wpadłam na pomysł, żeby zaprosić rodzinę zaraz po powrocie ze szpitala.
Katastrofa.
Nie dlatego, że ich nie kocham – tylko dlatego, że to był najgorszy możliwy moment.
Chciałam być miła, zrobić herbatę, pokazać, że ogarniam.
A w środku chciałam się po prostu schować i płakać.
Jeśli miałabym dać jedną radę świeżo upieczonym mamom:
Nie musicie nikogo zapraszać.
Nie musicie nikomu nic udowadniać.
Nie musicie się uśmiechać, jeśli nie macie na to siły.
Macierzyństwo to nie egzamin z organizacji. To proces dojrzewania razem z dzieckiem.
Jedną z rzeczy, których nauczyło mnie macierzyństwo, jest proszenie o pomoc.
Wcześniej byłam typową „samosią”. Wszystko chciałam robić sama, najlepiej, po swojemu.
Dopiero kiedy zrozumiałam, że nie muszę być superbohaterką, poczułam ulgę.
Poproszenie kogoś, by zrobił zakupy, przyszedł na spacer albo potrzymał dziecko przez godzinę, to nie oznaka słabości.
To akt dojrzałości.
Bo tylko wypoczęta i spokojna mama może dać dziecku spokój.
Magda powiedziała mi kiedyś:
„To nie jest pomoc, kiedy ktoś przychodzi i trzyma dziecko, a ty latasz z herbatą. Pomoc to wtedy, gdy możesz się położyć, a ktoś sam zrobi ci tę herbatę.”
I to jest dokładnie to.
Dziś w sieci widać coraz więcej prawdziwych historii mam – i dobrze.
Bo przez lata Internet pokazywał tylko uśmiechnięte kobiety w pastelowych wnętrzach z idealnie uczesanym dzieckiem.
Tymczasem życie wygląda inaczej, czasem masz na sobie dres od trzech dni, a w tle pralka chodzi jak tło muzyczne twojego macierzyństwa.
Ja też nie pokazuję swojego dziecka w sieci. Nie dlatego, że się wstydzę, tylko dlatego, że uważam, że to jego prywatność. Nie chcę, by za kilka lat oglądało swoje dziecięce grymasy w internecie.
To, że jestem mamą, nie oznacza, że moją jedyną tożsamością jest „mama”. Jestem też kobietą, partnerką, córką, przyjaciółką, pracującą osobą. I nie chcę o tym zapominać.
Nie można mówić o macierzyństwie bez wspomnienia o ojcach.
Kiedy widzę mojego męża, który z córką buduje zamek z kartonów, czuję wdzięczność.
Bo wiem, że to nie jest oczywiste.
Nie każdy tata potrafi się bawić, angażować i być obecny.
Pamiętam, jak moja mama mówiła: „Twój tata wracał z pracy, siadał przy stole i tyle go było.”
Dziś role się zmieniły. I bardzo dobrze.
Dobry partner w macierzyństwie to skarb.
To ktoś, kto nie tylko pomaga, ale uczestniczy.
Nie pyta: „Z czym ci pomóc?” tylko mówi: „Zrób sobie herbatę, ja się tym zajmę.”
Z biegiem czasu nauczyłam się, że nie każdy „pomaga” tak, jak tego potrzebujesz.
Czasem trzeba postawić granice nawet najbliższym.
Dziadkowie są cudowni, ale też mają swoje przyzwyczajenia.
Nie zawsze ich metody wychowawcze pasują do naszych. I to w porządku.
Najważniejsze, by mówić o tym szczerze i z szacunkiem.
A żłobek? Temat rzeka.
Każda decyzja jest dobra, jeśli wynika z miłości, a nie z presji.
Czasem mama wraca do pracy, bo musi.
Czasem, bo chce. W obu przypadkach to wciąż dobra mama.
Długo miałam w sobie przekonanie, że każda kobieta powinna zostać matką.
Dziś już tego nie uważam.
Znam cudowne kobiety, które świadomie wybrały życie bez dzieci – i są szczęśliwe.
Nie mniej ode mnie.
Świat nie potrzebuje od nas powielania schematów.
Potrzebuje szczerości.
Jeśli mogłabym cofnąć czas, powiedziałabym sobie jedno zdanie:
„Wyluzuj, wszystko się ułoży.”
Nie wszystko musi być na godzinę, na listę, na idealnie.
Dziecko naprawdę nie potrzebuje matki, która wszystko ogarnia.
Potrzebuje matki, która potrafi się przytulić i czasem po prostu posiedzieć obok.
Z czasem wszystko się układa: sen, karmienie, emocje, nawet bałagan.
Naprawdę.
Tylko trzeba sobie na to pozwolić.
Dziś, kiedy odbieram córkę ze szkoły i idziemy razem na spacer, myślę:
to właśnie jest szczęście.
Nie te wielkie podróże, nie eventy, nie idealne zdjęcia.
Tylko ta chwila – prosta, spokojna, prawdziwa.
Macierzyństwo mnie zmieniło.
Nie uczyniło mnie idealną, ale uczyniło mnie prawdziwą.
I to jest największy dar, jaki mogłam dostać.
4 Responses
Pierwszy raz czytałam cokolwiek o macierzyństwie, gdzie nie czułam się „niechciana”, czy „gorsza”, bo sama nie chcę mieć dzieci. Czytałam, mimo że wybieram dzieci nie mieć, bo interesuje mnie to jak mogę pomóc innej kobiecie, zrozumieć inną kobietę, wiedzieć przez co przechodzi, bo będę mogła pomóc, jeśli spotkam w swoim życiu jakąś, która na dzieci się zdecyduje.
Kamilka nie wiem jak to zrobiłaś ale jest to temat który totalnie nie interesuje ale przeczytałam jak zaczarowana.
Myślę, że na tym życie polega – nie zamykać się nie świat. Nie musimy sami czegoś praktykować, lub przybierać danej roli, ale warto zawsze zrozumieć położenie innego człowieka, bo to nas wzbogaca, zawsze wyniesiemy jakąś wiedzę.
Przy pierwszym dziecku byłam na każde zawołanie, placz, marudzenie. Myślałam od 4 miesięcy ze wychodzą ząbki, non stop słuchałam innych i skakałam nad nim jak nad nad nikim innym. Cały świat mi przysłonił i nikt sie nie liczył tylko on. Przy drugim dziecku probowalam pogodzić jak najlepiej 3 latka szukającego atencji mamy i wiecznie płaczącego noworodka który myślałam ze jest za jakies kary i grzechy bo nie jest normalne ze dziecko placze nieustannie. Kiedyś nie było pomocy fizjo, si I złotych rąk tylko wiecznie słuchałam ze wszystko jest dobrze a rodzina patrzyla jak na matkę wariatkę bo cos z nim robię nie tak. Wtedy zaszłam w 3 ciążę. Płakałam razem z niemowlakiem usypiajac starszego i śpiewając obu kołysanki. Myślałam ze to koszmar z którego kiedyś wyjdę. 3 dziecko urodziło się bez placzu, bez krzyku zupełnie bezproblemowe które spało i sr… . Ja byłam w psychicznie rozpaczy ale dałam radę. Teraz wiem gdy są nieco starsi że wszystko jest po coś. Nie ma dzieci idealnych, każdy z nich jest inny i wyjątkowy. Bardzo lubię spędzać z nimi czas ale czasem moje przebodzcowanie pozwala im siedzieć dłużej na tv lub grać na xbox z czego oni nie wyglądają na niezadowolonych natomiast ja miałam ogromne wyrzuty sumienia. Teraz nie. Dorosłam do tego ze każde z nas potrzebuje trochę czasu dla siebie. Spędzamy dni 24h/7 dni w tygodniu razem. Maz pracuje i go nie ma, a ja staram sie byc najlepsza matka dla nich jak to mozliwe. Panują u nas w domu zasady i granice i każdy z nas stara sie ich przestrzegać dlatego mamy wspólną rutynę i wiemy czego możemy od siebie oczekiwać nawzajem. Ja zaczęłam pracować z domu bo tak mogę i polecam bo gdyby nie to, zwariowałabym serio. Nadal każdy wyjazd jest dedykowany nim, knajpy, wycieczki ale dzieki temu ja odkrywam nowe miejsca i fascynują mnie zwierzęta w zoo jak i świat dzieciecy ❤
Czekałam na syna 10lat w końcu się udało jak przyszedł rok temu na świat czar prysł rodzina popsuła wszystko nabawiłam się depresji poporodowej mam ogromny żal pierwsze dni które powinny być dla nas niestety nie były nikt nie zdał sobie sprawy że potrzebujemy prywatności zostało to nam zabrane co chwilę ktoś przychodził przyjeżdżał dobre rady od strony męża dobre rady od niej strony siedziałam i płakałam bo nie wiedziałam czyich rad mam słuchać z biegiem czasu okropnie żałuję że nie olalam tego i nie robiłam jak ja uważam tylko próbowałam raz jednych rad raz drugich aż się pogubiłam pierwsze miesiące były fatalne przez to a czekałam na tą chwilę tyle lat. jestem za tym żeby przez pierwszy miesiąc nikt nas nie odwiedzał nawet najbliższą rodzina
Wspaniały, wartościowy i bardzo prawdziwy artykuł. Dziękuję.