Pamiętam, jak pierwszy raz rozłożyłam na stole koszyk pełen borowików i podgrzybków. Pachniały lasem, wilgocią i czymś jeszcze – może wspomnieniem poranka, gdy słońce dopiero zaczynało się przeciskać między drzewami, a rosa trzymała się uporem na trawie. To był ten moment, w którym czułam, że lato naprawdę ustąpiło miejsca jesieni.
Zawsze lubiłam ten czas przejścia – kiedy dni są jeszcze jasne, ale w powietrzu już czuć dym z ognisk, a palce marzną, gdy zbyt długo grzebie się w koszu z grzybami. Dla mnie to nie tylko zbieranie i gotowanie. To rytuał, który porządkuje myśli. Grzyby, ciche i niepozorne, uczą cierpliwości – trzeba je znaleźć, oczyścić, pokroić, ułożyć. Każdy etap ma swój rytm.
Kiedyś wszystko robiło się „po staremu”. Grzyby nawlekało się na nitkę i wieszało nad kuchenką albo w pobliżu pieca. Pamiętam, jak w domu unosił się ten niepowtarzalny zapach – lekko orzechowy, głęboki, niemal słodki. Gdzieś między aromatem kawy a dymem z palonego drewna.
Na parapecie stały słoiki z poprzednich sezonów – pełne ciepłego, złocistego suszu, który wystarczyło wrzucić do zupy czy sosu, żeby natychmiast przywołać smak jesieni.
Dziś robię to nieco inaczej, choć w gruncie rzeczy chodzi o to samo. W mojej kuchni stoi elektryczna suszarka do grzybów – niewielka, z przezroczystymi sitami, które układam jedno na drugim. Na każdym piętrze rozkładam plasterki borowików, kapelusze podgrzybków, czasem kilka kurek.
Włączam urządzenie i po chwili zaczyna się ten sam teatr zapachów, który pamiętam z dawnych lat. Czasem wystarczy kilka godzin, by cały dom pachniał lasem.
To, co w tym uwielbiam, to powolność. Świat wokół pędzi, wszystko można kupić gotowe – ale suszenie grzybów nie znosi pośpiechu. To zajęcie, które wymaga obecności.
Właśnie dlatego lubię łączyć obie metody: tradycyjną i nowoczesną.
Część grzybów, tych większych, nawlekam nadal na nitkę i rozwieszam w chłodniejszym kącie kuchni. Nie z praktyki, a z sentymentu. Lubię, jak delikatnie kołyszą się w powietrzu, jak słońce prześwieca przez cienkie plasterki kapeluszy.
To widok, który uspokaja. Czasem czuję się jak dziecko, które pomagało babci w kuchni – wtedy wszystko pachniało prostotą i spokojem.
Kiedy suszarka cicho brzęczy w tle, parzę sobie herbatę – zwykle z miodem i cytryną – i siadam przy stole. Obok leży nóż, deska i jeszcze garść grzybów do oczyszczenia. Te chwile, choć pozornie zwyczajne, mają w sobie coś magicznego.
Czuję wtedy, że wszystko ma swoje miejsce: praca, cisza, zapach i smak. To trochę jak medytacja w rytmie kuchennych dźwięków.
Suszenie grzybów to też sztuka wyboru. Nie wszystkie nadają się do tego tak samo dobrze. Najlepsze są te zdrowe, jędrne, bez robaczków i przebarwień. Kroję je na równe kawałki – nie za grube, nie za cienkie.
W suszarce ustawiam średnią temperaturę, nigdy maksymalną – nauczyłam się, że lepiej poczekać godzinę dłużej niż pozbawić grzyby aromatu. Kiedyś próbowałam też suszyć w piekarniku – niby szybciej, ale to już nie to samo.
Zresztą, suszarka jest bezpieczniejsza – nie wymaga doglądania co chwilę. A jednak… nawet teraz czasem podchodzę, unoszę pokrywę, żeby poczuć zapach. Jest w tym coś uzależniającego.
Gdy są już gotowe, przekładam je do słoików. Lubię ten moment – dźwięk stukania suchych plasterków o szkło, ich delikatny szelest. Każdy słoik to jak mała kapsuła wspomnień: ten z borowikami z pierwszego jesiennego spaceru, ten z podgrzybkami, które rosły tuż przy mchu, w miejscu, gdzie zawsze było chłodno.
Zimą, kiedy otwieram słoik, zapach wraca natychmiast. Czasem wystarczy garść suszu do sosu czy barszczu, żeby w domu znów zrobiło się cieplej
Dziś suszenie grzybów to dla mnie coś więcej niż sposób na przechowywanie jedzenia. To sposób na zatrzymanie czasu. Na zwolnienie. Na powrót do prostych rzeczy, które dają radość.
Czasem myślę, że w tym świecie pełnym pośpiechu i hałasu potrzebujemy takich rytuałów – cichych, niepozornych, ale głęboko naszych.
Nie trzeba mieć wielkiej kuchni ani lasu za domem. Wystarczy kilka grzybów, trochę cierpliwości i chęć, żeby zrobić coś własnymi rękami.
Czasem myślę, że każda kobieta ma swoje małe rytuały, które trzymają ją w równowadze. Jedna piecze chleb, inna podlewa rośliny, a ja… ja suszę grzyby. I choć to brzmi zwyczajnie, dla mnie to coś w rodzaju medytacji.
Każdy plasterek to mały kawałek ciszy, każdy słoik – obietnica, że jeszcze wróci jesień, że znów pójdę do lasu, że znów poczuję pod palcami wilgotny mech.
Gdy patrzę na rząd słoików ustawionych na półce, czuję wdzięczność. Za te chwile, za zapach, za prostotę. Za to, że można w tak zwyczajnych czynnościach znaleźć sens.
Bo życie jest właśnie w tym – w zapachu borowików, w ciepłym świetle lampy, w dźwięku deszczu za oknem. W tym, że coś zrobiliśmy sami