Cześć, Kochani! 💙
Piszę do Was już nie z nadmorskiego tarasu, a z naszego wiejskiego domu pod Śremem — z widokiem na łąkę, gdzie właśnie pasą się bociany i sąsiedzi koszą trawę. Choć dopiero co wróciliśmy z Kołobrzegu, z hotelu z widokiem na Bałtyk i bufetem, od którego można było dostać zawrotu głowy, to przyznam Wam szczerze — tęskniłam. Za naszym rytmem, zapachem ziemi, poranną kawą na ganku i naszym psem, który obraził się, że zostawiliśmy go pod opieką znajomych.
To opowieść o tym, jak w ciągu jednego tygodnia przeszliśmy od białych obrusów i śniadań z widokiem na morze do prania, koszenia, sadzenia pomidorów i smażenia naleśników na starej patelni. I wiecie co? Nie zamieniłabym tego życia na żadne inne.
Ostatni poranek w Kołobrzegu zawsze smakuje inaczej. Jest w nim ta nuta melancholii — wiesz, że jeszcze chwilę możesz siedzieć przy stole z kawą, patrząc, jak fale rozbijają się o brzeg, ale w głowie już planujesz, co spakować, kogo odebrać i czy przypadkiem nie zapomniałaś ładowarki.
Tym razem śniadanie wyglądało jak z folderu reklamowego. Kuba — mój mąż i mistrz nadmorskich bufetów — wrócił z trzema talerzami. Na jednym jajecznica z boczkiem, na drugim placuszki z jabłkami, a na trzecim coś, co wyglądało jak naleśniki, ale smakowało jak niebo. Ja natomiast zgrzeszyłam w sposób, którego w domu nigdy bym nie odważyła się powtórzyć — kanapka z masłem orzechowym, miodem i czekoladowym kremem. Hotelowa wolność smakuje trochę jak dzieciństwo.
W tle słychać było rozmowy innych gości, stukot filiżanek, a za oknem błyszczał Bałtyk. I choć było cudownie, wiedziałam, że tęsknię. Nie za luksusem, ale za normalnością — za naszym psem Lulkiem, za moją starą filiżanką z odpryśniętym uchem i za ciszą, którą przerywa tylko kogut od sąsiadów.
Pakowanie zawsze wygląda tak samo: ja upycham wszystko, Kuba próbuje to optymalizować, a dzieci twierdzą, że one „nie miały nic wspólnego z tym bałaganem”. W samochodzie panuje chaos kontrolowany. Z tyłu słychać bajkę, z przodu GPS, a między siedzeniami turla się jabłko, które ktoś „odłożył na później”.
Trasa do Poznania to jakieś sześć godzin z postojami. I jak zawsze — w połowie drogi przystanek na kawę i coś do jedzenia. Uwielbiam ten moment, kiedy zatrzymujemy się na przydrożnym parkingu, rozciągamy nogi i słyszymy pierwszy raz od dawna ciszę, która nie jest zagłuszona falami ani muzyką z hotelowego lobby.
Tym razem pogoda się zbuntowała. Deszcz lał jak z cebra, a ja modliłam się, żeby nasze rośliny na wsi nie ucierpiały. Gdy wjeżdżaliśmy do Poznania, zrobiło się jeszcze ciemniej. I wtedy dotarło do mnie, że życie vlogerów to nie tylko ujęcia z drona i kawy na tarasie, ale też montowanie filmów w aucie i nagrania w strugach deszczu, bo termin goni.
Pierwszy przystanek po przyjeździe? Oczywiście – odbiór Lulka! Nasz mały kundelek, mieszanka jamnika z czymś nieokreślonym, wyglądał, jakby miał nam to wszystko za złe. Zrobił obrażoną minę, usiadł pod drzwiami i nawet smakołyk nie pomógł. Dopiero po kilku minutach zaczął się łasić, jakby mówił: „No dobrze, wybaczam, ale następnym razem jadę z wami”.
Wieczorem było już po wszystkim — walizki otwarte, ubrania rozwieszone, a na stole pierwsza kolacja „z powrotem w rzeczywistości”: makaron z warzywami, prosty, szybki i najlepszy. Dzieci oglądały bajkę, my z Kubą siedzieliśmy na kanapie, popijając herbatę i rozmawiając o planach. Bo zaraz po weekendzie — powrót na wieś.
Kiedy w końcu przyjechaliśmy do naszego domu pod Śremem, poczułam, jakbym wróciła do siebie po długiej podróży. Zapach wilgotnej ziemi, szelest drzew, widok drewnianego płotu i tej samej, lekko przekrzywionej furtki, którą obiecujemy sobie naprawić od dwóch lat.
Pierwsze, co zrobiłam, to poszłam do ogródka. Pomidory urosły! Kilka już czerwonych, a reszta jeszcze zielona, błyszcząca od rosy. W tunelu foliowym witały mnie papryki, a na grządce wystrzeliły ogórki jak szalone. W domu w szklance na parapecie pływały gałązki mięty i melisy — mój codzienny rytuał.
Kuba, jak to on, od razu zabrał się za kuchnię. Tym razem zrobił zupę z soczewicy z marchewką i imbirem. Nie wiem, czy to wpływ nadmorskich inspiracji, czy po prostu jego nowa pasja, ale smakowała obłędnie. Do tego świeży chleb z pobliskiej piekarni, pachnący tak, że nie dało się czekać, aż ostygnie.
Wieczorem siedzieliśmy na tarasie. Dzieci biegały z latarkami po ogrodzie, pies gonił ćmy, a my po prostu patrzyliśmy w niebo. Czasem najpiękniejsze chwile to te, w których nic się nie dzieje.
Rano włożyłam kalosze i ruszyłam zobaczyć, jak mają się rośliny w szklarni. Okazało się, że podczas naszej nieobecności sąsiedzi zrobili nam psikusa — podlewali tak często, że część ziół dosłownie utonęła. Ale cóż, lepiej za dużo niż za mało!
Najbardziej ucieszyło mnie to, że moje ulubione koktajlowe pomidory przetrwały. Pierwszy czerwony owoc zebrałam z dumą większą niż za każde wyświetlenie pod filmem. Obok bazylia, której obcinałam pędy kilka tygodni temu — odrosła pięknie, pachnąca, jakby chciała powiedzieć: „Widzisz? Wystarczyło trochę cierpliwości”.
A ślimaki? Klasyka. Nasza wojenka trwa od lat. Tym razem jednak zamiast chemii, zrobiliśmy naturalne pułapki — małe słoiczki z piwem. I tak, działają! Co rano podnoszę je jak trofea.
Wieczorem rozpaliliśmy ognisko. Nie dla zdjęć, nie dla filmów — po prostu dla siebie. Ciepły wiatr, trzask drewna i zapach dymu, który wplątuje się we włosy. Kuba twierdzi, że to najgorsza część, bo potem „śmierdzimy jak wędzonka”, ale dla mnie to zapach lata.
Upiekliśmy ziemniaki, a dzieci zrobiły kanapki z serem i ogórkami. Prosto, bez udawania. I w tej prostocie była cała magia — po tygodniu luksusu wróciliśmy do miejsca, które jest nasze. Nieidealne, czasem chaotyczne, ale prawdziwe.
Kiedy wszyscy poszli spać, zostałam jeszcze chwilę przy ogniu. Patrzyłam na migające iskry i pomyślałam, że szczęście to nie morze, hotel ani drogie śniadania. Szczęście to świadomość, że masz dokąd wracać.
Rano, jak zawsze, życie wróciło do rytmu. Kuba pojechał do pracy do Poznania, dzieci do szkoły, a ja wzięłam kosiarkę i zaczęłam walczyć z trawą, która przez tydzień urosła jak szalona.
Na stole czekała kawa, jeszcze parująca, a obok zeszyt z listą „do zrobienia”. I wiecie co? Patrząc na nią, nie czułam zmęczenia. Raczej wdzięczność. Bo to jest właśnie nasze życie — między morzem a wsią, między filmami a ogrodem, między luksusem a błotem po deszczu.
Nieidealne, ale nasze.
Wakacje to czas, kiedy łatwo zapomnieć o zdrowych nawykach, ale ja staram się trzymać kilku zasad. Po saunie i jacuzzi zawsze dbam o nawodnienie – piję wodę z cytryną lub ziołową herbatę. Na śniadanie zrobiłam koktajl z jagód, bogaty w antyoksydanty, które wspierają skórę i ogólne zdrowie. Unikam słodyczy, bo cukier może szkodzić zębom i powodować stany zapalne.
Wieczorem postawiłam na higienę snu. Po całym dniu relaksu wyłączyłam telefon na godzinę przed snem, zapaliłam świecę o zapachu lawendy i zrobiłam delikatny masaż twarzy. Sen to klucz do regeneracji – zarówno dla skóry, jak i umysłu. Na wakacjach, kiedy nie goni nas codzienna rutyna, warto zadbać o jakość snu.
Wakacyjna porada: Na wyjazd zabierzcie butelkę wielokrotnego użytku i cytrynę – to prosty sposób na nawodnienie. Wieczorem spróbujcie rytuału bez ekranów – książka lub spokojna muzyka przygotują Was do głębokiego snu.